piątek, 29 września 2017

Potwór z pazurami


Trochę mieliśmy dziś stracha. Były krzyki, piski, ostre pazury, zęby, dzioby. Ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Piątek, 29 września. Śniadanie wcześniej. Mamy dużo czasu - mówi pani Aga, a nawet nie czyta nam o jeżu Jerzym. I pobawić się nie da. Znów są emocje, ciągłe pytania czy jak wziąłem dwa śniadania, to dobrze. A ja nie mam piórnika. A ja mam założyć kurtkę? A ja nie mam biletu na autobus. Jak to nie ma lekcji? Takie, zwykłe sprawy.
 Po śniadaniu idziemy do  szatni (zabieramy kurtki, czapki i szaliki nawet jak nie chcemy...), potem pary. Przed wyjściem jeszcze jak zachowujemy się przy zwierzętach. One tam będą sobie biegać same! W autokarze zdejmujemy kurtki, czapki, zapinamy pasy. Trochę nam to zajmuje. Jak długo będziemy jechać? Pół godziny. Daleko jeszcze? A potem to już wszyscy gadają. W autokarze są takie fajne półki. Otwieramy je i zamykamy i one robią klik-klik. A potem pani znowu psuje nam zabawę i prosi, żeby się nimi nie bawić. I rozmawiać ciszej. Jak ciszej, jak w nas aż kipi od emocji. Kury! Będą biegać same!
Na miejscu wita nas pani Joanna, nasza gospodyni. Ona nie boi się żadnych zwierząt. Trzyma kury jak pluszaki, przytula. I strusia też! I Dzika drapie! A Nutriom daje gruszki. Możemy pogłaskać kurę, indyka. Gęsi nie, bo otworzyły sobie klatkę i uciekły. Jak uciekły, narobiliśmy pisku ale one zamiast wrócić to uciekały jeszcze szybciej. Ale pani Joanna je też nam przyprowadza, żeby się pokazały. Chodziły i kołysały się trochę na boki. I brzuchy miały do samej ziemi. Pani Aga i Dana ciągle: - Chodźcie do nas, zobaczcie, posłuchajcie. Jak tu słuchać i patrzeć w jednym miejscu jak tu w około tyle rzeczy. Nawet koń! I sarna! Papugi! Nawet złoty ptak był! A kogut ma wielki grzebień i korale, a kura nie. A bażant jest złoty strojniś a jego żona szaro-bura. Ptaki tak śmiesznie mają. I składają różne jajka, niektóre są nawet niebieskie. A kozy to można prowadzać na smyczy. Jak tylko dogadamy się, kto ma to teraz robić. No, o to, to trudno, bo wszyscy chcą. I króliki też są. Dostajemy jednego, mamę, do pilnowania. I tak pilnujemy, że później trzeba go łapać. Ale w końcu go łapią. A potem najlepsze: jedziemy traktorem! I pani mówi, że traktorem wracamy do Poznania!
Zajeżdżamy na taką łąkę z placem zabaw i ławkami. Tam jemy drugie, albo i czwarte śniadanie. Mamy herbatę. A potem ziemniaki, co się piekły w folii na ogniu. I serek biały ze szczypiorkiem. Jedni chcą samą pyrkę, inni z serkiem. Bo dla niektórych taki serek to fuj! Takie było dobre! Można było zjeść ile się chce, bo pyrek była cała góra.
Potem zabawy. Biegać, skakać, przeciągać linę, wspinać się. Od razu pokazaliśmy, że my prawdziwe dzieci: Ja tu byłam! Nie, bo ja! Ten szałas jest nasz! Proszę paaaaniiiii!  Nie wiemy, jak dorośli mogą zawsze tak cicho i się nie kłócą. Podobno to nam przejdzie. Ale, to jak będziemy już tacy duzi.
Niby lekcji miało nie być tylko wycieczka, a tu pani nas zagoniła na ławki wokół ogniska i zaczęła na opowiadać o ziemniaku. Że ludzie nie wiedzieli co z ziemniakiem zrobić, bo w Ameryce Południowej to jedli ale nie chcieli powiedzieć co i jak. I panie nosiły kwiaty przy sukience. A potem wreszcie ktoś powiedział wszystkim, że ziemniaki są pyszne i zdrowe, ale to trwało długo, bo ludzie nie chcieli wierzyć i się bali. Bo ziemniak to ma liście, trujące, łodygi trujące, kwiaty trujące, małe owocki trujące. A bulwy nie! Te bulwy to takie spiżarnie, bo ziemniak myśli, że zostanie w ziemi i na wiosnę nowe pędy wypuści i mu się jedzenie przyda. A czasem, jak ziemniak jest w szafce w kuchni to też myśli, ze to wiosna i wypuszcza pędy. A my go zjadamy.
Na szczęście wiał trochę wiatr i pani nam nie dała kart pracy, bo by nam zwiały i musielibyśmy zbierać je po lesie. A po lesie to się chodzi za grzybami, nie za kartami pracy. Przy łące też był las i po nim też biegaliśmy.  A w nim taka śmieszna budka z drewna z serduszkiem na drzwiach. I to była toaleta! A ręce to myliśmy w misce, w takiej zimnej wodzie! I słońce grzało. I pająki chodziły po plecakach. I wróciliśmy z rumieńcami, a nasza pani to była czerwona jak pomidor! I brzuchy takie były pełne pyrek i pysznego placka ze śliwką od pani Joanny, że obiad w szkole to już nie bardzo chciał się zmieścić.
I głaskaliśmy kury. I one miały pazury i dzioby jak jakieś potwory ale były miłe. I ciepłe takie. I, że pióra się zbiera z ziemi i nie wyrywa z ogona. Jak tu wszystko poukładać w głowie i rodzicom opowiedzieć? Może zdjęcia jakoś pomogą.


Ach, była jeszcze sarenka. Jakaś pani była na spacerze na polach i ją znalazła taką samiuśką, malutką. To wzięła, bo myślała, że sarenkę mama opuściła, i przywiozła do pani Joanny. Ale ta pani się bardzo pomyliła. Mama sarenki poszła się najeść i nie opuściła swojego dziecka. I ten biedny maluch nie mógł już wrócić do mamy, bo pachniał tą panią, co go przywiozła a sarenki boją się ludzi. I będzie już zawsze mieszkać z ludźmi, a mama za swoim dzieckiem płakała. My już wiemy, że jak spotkamy na spacerze na łąkach, polach taką mała sarenkę, to musimy szybko odejść i nie wolno jej dotykać ani nawet podchodzić. To jest ważne. Bo później mała sarenka płacze za mamą, a mama płacze za swoją małą sarenką. Pamiętajcie.

Potwór z pazurami

Trochę mieliśmy dziś stracha. Były krzyki, piski, ostre pazury, zęby, dzioby. Ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Piątek, 29...